poniedziałek, 4 września 2017

Plastik

     Polana rwał ogień, w świetle dnia, więc pozbawiony pierwotnej mistyki jakiej nabiera w nocy. Były grube, spopielałe i tworzyły pozór twardości, bo przecież mogły tylko zniknąć pod naciskiem dłoni lub buta i obrócić się w popiół.
  Spadło na nie plastikowe pudełko. Po chwili zaczęło miotać się w oporze wobec ogarniającego je ognia, zwijać się i ciskać. Znikało w sobie coraz głębiej, prażone temperaturą, by w końcu obrócić się w bulgoczącą plamę.
     Polana płonęły dalej.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wyspa

     Przepłynąłem jezioro chyba kilkadziesiąt razy. Pośrodku niego była drobna wyspa. Skrawek lasu wynurzony z wody. Z daleka wyglądała jak nietknięta ludzką ręką. Kwintesencja tajemnicy. Nie zapłynąłem na nią choć bardzo chciałem. Może rzeczywiście była dziewicza. Na świecie zostało już tak niewiele białych plam na mapach, tajemnic do odkrycia. Ta mała wyspa pośrodku jeziora pełnego turystów może przypadkiem zapomniana, omijana myślą, że ktoś już na pewno nań był i ją po wielokroć przeszedł, zbadał i zmierzył, pozostała nieodkryta i czeka wciąż na tego kto ją zdobędzie. Nowy świat, którym nie jest. Paradoksalna biała plama w oku antropocyklonu czekająca na zbłąkanego odkrywcę z przypadku.
     Jeziora nie potrafiłem objąć okiem. Było wielkie. Na łupince kajaka walczyłem wietrznego dnia z jego falami i widziałem ogrom. On dziobem przecinał je z zawziętością, toczyłem sobie tą buńczuczno-śmieszną walkę bez celu dla czystego poczucia ekstremy, bardzo oszukańczego i fałszywego, na siłę. Wyglądało jak bardzo szeroka rzeka. Zakręcało, nie widziałem jego końca, jego drugiego, wieńczącego toń, brzegu. Potem spojrzałem na mapę. Wpadało do Śniardw. I one je zjadały. Były mazurskim oceanem. Jeśli z mojej łupiny nie potrafiłem objąć okiem tej drobnej kałuży, to jak wyglądały te czekające za winklem lasu Śniardwy? A one? Pamiętane z mapy Polski w sali od przyrody w przeciętnej podstawówce, zwyczajnej rzeźni-masarni charakterów i osobowości jakich wiele, były kroplą przy morzu, morze zaś stawem przy oceanach. Przestrzeń. Z mojej łupiny pośrodku małego jeziora zacząłem ją czuć. Tak woda zafrapowała lądołaza i włóczykija, który jej się tak rzadko dotykał, a powiodła do takich oczywistych konkluzji. Pewne prawdy warto jednak pomyśleć głośno lub wypowiedzieć na głos, nawet truizmy, aby naprawdę się urzeczywistniły i ucieleśniły. Wyspa zaś stała się ziarnkiem piasku porośniętym zielenią.
     Raz wypłynąłem na nie nocą. To był sam jej środek, niebo było czarne jak smoła, księżyc w pełni trochę prószył swoim wytartym, zamglonym błyskiem, na linii horyzontu bardzo nieśmiało zaczynał płonąć już świt. Tafla była jak lustro z płynnej rtęci. Gęstej, zimnej, która pod wpływem łodzi z wolna się przezeń przedzierającej, zaczynała łopotać i giąć się. Świat był zdublowany bo w pełni i w idealnym swoim kształcie odbity w jeziorze. Odwzorowany perfekcyjnie, zaburzony jednak przez te kołyszące się spod łódki kręgi. Opłynąłem tak wysepkę. Obraz totalnej pustki stał przed naszymi oczami. Z gardła nocy nie wydobywał się nawet oddech wiatru. Wokół tylko terkot spalinowego silnika. Woda powinna go nieść na wiele kilometrów, a ginął tuż za nami, nie potrafił się przedrzeć przez ciemną barierę wokół siebie. Mogłem wtedy popłynąć na wyspę, ale się bałem. Bałem się ciemności. Tego co w niej zobaczę, a może nawet bardziej tego czego nie zobaczę – tego skrawka lądu, który chciałem odkryć, a który pod osłoną nocy, dotknięty stopą, dalej pozostanie tajemnicą o którą udało się tylko otrzeć. Ale zachwyt tylko nad tym co widać jest płytki, nie idzie za nim w istocie nic. Więc żałuję. Zawsze bałem się ciemności. 
    Obiecuję sobie powrót. Tak samo jak zawsze obiecuję sobie, że wrócę do niedoczytanych zdań w książkach, kiedyś do nich wrócę, żeby wybrzmiały w pełni. Wiem jednak, że nigdy tego nie robię. Wolę więc myśleć, że dane mi to było tylko raz. Że doświadczenie nie wróci, bo nie zdążę go, lub nie zdąży się, powtórzyć. Nigdy więc nie wrócę na jezioro i na wyspę. I na zawsze ona zamknie się w tajemnicy. Nieosiągalna mała wyspa na jeziorze rtęci. Jednak jeśli ona jest ziarnkiem piasku, to ja mogę być już tylko pyłkiem kurzu.

sobota, 27 maja 2017

Kalambury

     Lał deszcz, bił o pochyłe szyby, szarość wpraszała się do hotelowego korytarza, a ja siedziałem tam w ich wspomnieniu i grałem w kalambury. Nie byłem niczym więcej jak mglistą, bo z szarości dnia, wizją pamięci, dość wyblakłą i wypłowiałą na tyle, że prawie zapomnianą. Widzę tą chwilę wyraziście.
     Dziewczynka niemo pokazuje czołg. Chwilę temu pokazywała karabin i granaty. Te wybory tak absurdalnie z nią nie licują. Skąd w tej małej, urokliwej główce te maszyny do zabijania? Może telewizor gra w domu za głośno. 
     Dla nich byłem mgnieniem oka bo są dziećmi, zaraz dorosną i zapomną – mały kamyczek na górze wspomnień, na który może natrafi się przypadkiem gdy jaźń mimo woli będzie po tejże górze wędrować – bo akurat spojrzą za okno, mózg zjedna aurę z jakimś dawnym, dziecięcym synapsem i stanę im przed oczami. Dziwnie jest być tylko takim momentem. To jakby podróżować w przeszłość. Niby żyć w tu i teraz, a jednak być przeszłością. Już się nią stałem, bo odjechali. Już nią jestem, bo żyją dalej gdzieś obok, ale wystarczająco daleko, żeby się na siebie nie natknąć. Już od teraz nią będę bowiem pewnie kilkoro zapomniało i nigdy nie przypomną sobie mojego imienia.
     Być tak przelotnym momentem, ale wystarczająco wyrazistym, aby nawet nie stawać się, ale tu i teraz stanowić jedynie wspomnienie. Mam podobne. Ludzi którzy byli na krótką chwilę i znikli. I teraz ja dołączyłem do tego grona zimnych, wyblakłych obrazków bez czucia. 
     Chłopiec pokazuje piłkarza. To dla niego gladiator i bohater. Będzie herosem dzieciństwa jego i tysięcy innych, jemu podobnych, chłopców na całym globie. Wszyscy ci sami, z tego samego szablonu, z tego samego wzorca. Może nikt nigdy nie pokazał mu, że może być inny, jeśli tego chce.
     Tak siedzimy w hotelowym korytarzu i ja wiem, że oni zapomną mnie szybko, a ja nie zapomnę ich nigdy. Gdyby ta chwila miała się zapętlić i stać się już wiecznym, niekończącym się momentem bez początku? Już zawsze deszczowym popołudniem, na hotelowym korytarzu grać w kalambury. Czasami się tego boję. Że system operacyjny kosmosu się zawiesi i w pełnej świadomości zostanę w jakimś momencie mojego życia na zawsze. Dlatego chyba chcę dbać o to, aby możliwie każdy jego moment był choćby w małym stopniu tego warty. 
     Choć wcale nie zależy mi na nich tak bardzo, po prostu będą gdzieś mieszkać w mojej pamięci. Percepcja dojrzałego mózgu zachowa ich obraz, percepcja dziecięcego – pod natłokiem tysięcy innych wspomnień, bodźców, momentów, emocji – zetrze mnie w ich głowach na mało wartościowy wiór zakopany pod kolejnymi warstwami gromadzących się coraz liczniej, z dnia na dzień, doświadczeń. 
     Chłopiec pokazuje coś zabawnego, z teatralną, dziecięcą emfazą. Chce się spodobać. Cieszy go, że inni się śmieją. Łaknie tego, akceptacji, zrozumienia, choć na pozór niewidocznie, to rozpaczliwie ich szuka w oczach innych dzieci. Może jest bardzo samotny, z rozbitej rodziny i pragnie złudzenia bliskości. 
     Tak więc działa pamięć. Jest taka jaka chcemy żeby była, choć tak bardzo poza wolą i elementarną kontrolą. Jedyną prawdą jest teraz – kołyszący się patyk do żaluzji, mucha pod sufitem, zimny, owocowy smak soku, papierowy kwiat na biurku. Nie ma ani przeszłości, bo już do niej doszło i nie istnieje, ani przyszłości bo jeszcze nie nadeszła. Tak się toczy życie w trzech wymiarach, iluzji, prawdy i nadziei. A może tylko iluzji.   

sobota, 20 maja 2017

Starzec

dla D.

    Zdarzyło się to w kamienicy starej, zmurszałej, popadającej w ruinę. Przycupnięta była w cieniu miasta, które przytłaczało, na drobnej uliczce. Skarlała przez lata i zdawała się wstydliwie skrywać przed ryczącym i pędzącym światem na jego uboczu. 
    U wejścia do kamienicy, paszczy bramy szczerbatej obsypującymi się z resztek tynku cegłami, witały łukowate kałuże, przywołujące na myśl wykrzywione w gorzkim, smutnym grymasie usta. Dalej otwierała się studnia podwórka, pustego, zachwaszczonego pod murami budynku. Nie skrzeczały tu nawet wrony, których kolejne pokolenia gdzieś zgubiły w swoich genach wieść o tym, że w szczelinach podwórza wiły swoje gniazda. Było więc cicho. Drzwi do jednej z klatek schodowych były uchylone.
    Na klatce schody były skrzypiące, miejscami pozapadane, ich poręcz w kilku miejscach wręcz zanikła pod zawałą mokrej, drewnianej zgnilizny. Straszyły swą przykrą brzydotą odrapane z tynku paznokciami czasu ściany. Większość drzwi była pouchylana, pourywana, pozapadana, zrezygnowana zdaje się tym, że nic nie kryły bo i po co, nie warto – za nimi zionęły raptem obrośnięte kurzem pustki, która nikogo nie kusiły, nikogo nie przyciągały, ani nikogo nie wzruszały.
    Jedne drzwi jednak, choć równie stare i podniszczone, były zamknięte starannie. Za nimi kryło się niewielkie, jak na warunki kamienicy, mieszkanie. Zegar na ścianie zatrzymały dawno opuszczone przez swych autorów pajęczyny, obrazy przykryła warstwa kurzu, która zakryła ich pierwotne znaczenie, dywanem z pyłu uścielone były wszystkie pomieszczenia. W jednym z nich, w pobliżu wybitego okna, stał fotel. Na fotelu leżała mumia.
    Ciało, sylwetka wyraźnie ludzka, zdawało się być zmumifikowane warstwą kurzu, przygwożdżone do siedziska więzami wieloletnich pajęczyn. Zdawać by się mogło iż była to tylko pusta w środku forma na człowieka. Lekki podmuch wiatru mógłby tą skorupę rozmyć w powietrzu i zatrzeć ostatni ślad pozostawiony przez jej mieszkańca. 
    Wtem ciało drgnęło. Stojące powietrze wprawił w ruch coraz głębszy, narastający oddech. Kurz uniósł się w tuman na wysokości śladu ust. Pajęczyny zaczęły falować. Ciało zaczęło wyraźnie, powoli unosić się z fotela. Z mozołem zaczęły zgrzytać zasiedziałe stawy, chrzęścić stare kości, naciągać się zwiotczałe od bezczynności mięśnie. Sylwetka przygnieciona garbem na plecach z trudem wznosiła się coraz wyżej ponad wytarte płótno siedziska. Ściągnięte w stal napięły się ścięgna rąk na których zaparło się ciało obrawszy za środek ciężkości oparcia fotela. Trwać to mogło eon albo chwilę. W końcu – przebudzony człowiek powstał.
    Garb zaczął powoli się prostować, z razu na raz szybsze ruchy rąk zaczęły zdzierać z ciała pajęczyny i gwałtownie strzepywać kurz. Człowiek postąpił pierwszy krok. Spod jego stopy osunął się na boki puch kurzu zalegającego na podłodze. Z każdym kolejnym krokiem tkanina pyłu rozstępowała się przed coraz pewniej kroczącym przez wnętrze mieszkania ciałem, z niego samego zaś okład starości spływał coraz prędzej. Samo mieszkanie każdą najmniejszą szparką opuszczał kurz, gdy jego lokator powoli kierował się ku wyjściu. Z obrazów spełzywał kurz, z zegarów ulatywały pajęczyny, galaktyki pyłu wirowały w powietrzu szukając dróg ujścia. Same kamieniczne mury zaczęły się zabliźniać. Tynk wdrapywał się po ścianach wracając na swe dawne miejsca, drewno niczym żywe poczęło zrastać się wydawszy zapach świeżej żywicy, farby pąsowiały swymi zbladłymi barwami. Stare ciało zaczęło jędrnieć, w końcu pył zsunął się również z twarzy, którą razem z nim opuszczała pajęczyna zmarszczek. Droga poprzez mieszkanie w którym zagościł jego dawny blask, blask dawnych lamp, łagodne tykanie zegara, barwne i czyste obrazy, zrośnięta i jasna szyba, dobiegała końca. 
    Za klamkę chwycił młody człowiek. Otworzył przed sobą dalszą drogę, wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi – ruszył.

niedziela, 14 maja 2017

Krótka opowieść o powrotach

    Będzie to krótka opowieść o powrotach. Czasem bowiem powracam do mojej Warszawy pojmując ją na nowo.
     Dziwnie czuje się znów wciśnięty w zamkniętą przestrzeń miasta. Gdy już nie budzę się z ptakami i nie oglądam beskidzkiego wschodu słońca. Tak zaznawszy pośród codziennej monotonii oderwania od wszystkiego zdaje sobie sprawę, że częścią serca jestem z innego świata. Tam czuje się lepiej niż tutaj. Ale zaczynam rozumieć, że miasto kocham. Zostawiam tu swoje miejsce i z każdym doń powrotem coraz silniej pojmuję jak bardzo go potrzebuję.
     Chyba zapuszczam korzenie. Nie ucieknę od Warszawy, bo to Dom. I nie chcę uciekać – chcę wracać.

środa, 10 maja 2017

Krótka opowieść o bliznach

    Będzie to krótka opowieść o bliznach. Warszawa bowiem jest nimi porośnięta.
    Zatrzymuję się nad nimi gdy nocami przemierzam ulice. Często zdobią je zeschłe kwiaty, żar zniczy stale je zaognia. Tak po nich kroczymy. Co dzień widzę spieszących się ludzi przekraczających mur getta, krojących pewnym krokiem ścianę dymu i płaczu. Widzę też ludzi mijających rozstrzeliwanych warszawian, wlepiających w zobojętniałych przechodniów pełen niezrozumienia i strachu wzrok. Czasem zobaczę samochody przejeżdżające nad uchylającymi się wejściami kanałów z których spoglądają czujnie uciekinierzy z płonących ulic.
    To chyba miasto duchów. Duchy można zalać betonem i żelazem, ale to ich nie powstrzyma. Przecież dalej tu żyją.

poniedziałek, 8 maja 2017

***

o czym śni kot?
bardzo szybko zapada
w głęboki sen
a potem
słyszę jak lekko chrapie
później
skomle jak małe kocię
o czym on śni?
o swej maleńkości?
o swej codzienności?
o dniu za dniem
takich samych?
zwinięty w kłębek
głęboko w siebie
bezbronny
i kruchy

czwartek, 2 lutego 2017

Krótka opowieść o tożsamości

     Będzie to krótka opowieść o tożsamości. Mój ojciec bowiem był Warszawiakiem.
   Z krwi i kości, jakich dziś mało. Powtarzał mi po wielokroć – „twoja rodzina w Warszawie żyje od siedmiu pokoleń!”. Moi przodkowie osiedlili się więc w stolicy jeszcze za Stanisława Augusta, może wcześniej. On był w Warszawę wrośnięty. Spacerował po Kercelaku i Kole, wspominał przedwojenną Ochotę, wzdychał przy akordeonie Staśka Wielanka. I takiego mnie stworzył. Płaczę na filmach o powstaniu, bezcelowo włóczę się po mieście, oddycham głęboko tym niezdrowym powietrzem. Zaszczepił we mnie tęsknotę za światem w którym nigdy nie żyłem.
     Dlatego zwę się Warszawiakiem. I robię to z dumą.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Życiorysy

     Czasem po prostu czytam życiorysy. Biografie pisarzy, poetów, uczonych, polityków mi znanych i nieznanych, tych których twórczość i działalność kiedyś uświadczę namacalnie lub tych których śladów nigdy nie znajdę bo nie zdążę. Gdybym miał więcej czasu, pewnie poznałbym ich wszystkich do cna, ale ten się stale kurczy, więc trzeba dokonywać wyborów.
     Czytam owe życiorysy i szukam w nich lustra. Lustra dla mojej krótkiej, dotychczas, przeszłości, teraźniejszości i nadchodzącej przyszłości. Na temat różnych dróg którymi mogę pójść i którymi nie koniecznie mógłbym czy chcę pójść, ale po prostu pójdę, tak się stanie, niezależnie od moich decyzji, pragnień czy żądań. 
  Patrzę  na to co oni przekazywali lub przekazują światu – często oględnie, powierzchownie lub z obietnicą, że kiedyś przyjrzę się bliżej. Ale może tak jest czasem właśnie lepiej. Spojrzeć na kilkadziesiąt lat przeżytego życia z perspektywy, bez wdawania się w szczegóły. I porównać. Do tego co już było i do tego co może być. Porównywanie jest ważne, choć wielu krzyczy: „Nie osądzaj”. Trzeba osądzać i wyciągać wnioski. Nie wydawać wyroków – to zawsze krok za daleko, ale osądzać trzeba z czystego, zdrowego egoizmu, by nie powielać błędów czynionych przez wielu innych, którzy podążali tymi szlakami wcześniej. Pewnie i tak je popełnię, ale później z czystym sumieniem powiem: Próbowałem.
     Nie oczekuję od siebie samego, że będę miał teraz do przekazania wiele. Na to przyjdzie czas, o ile tak ma się stać. Ale mam już pewien kapitał dwóch dekad, który wniosę w przyszłość. Jest ubogi. Źle mi z tym, bo pragnąc dać coś z siebie światu tracę w dużym stopniu taką możliwość. Ubolewam nad tym. Ale równocześnie to przecież wspaniale: nie mam za sobą wojny, głodu, strachu, cierpienia, problemów z  tożsamością. To bardzo cenne braki, które rekompensują wiele. Ale dalej tkwi gdzieś ta zadra perwersyjnej potrzeby doświadczania cierpienia. Stąd czasem moje zwyrodniałe zamiłowanie do obserwacji sporów i waśni pod których skórą drzemią wielkie emocje. Z tego można czerpać i wyciągać naukę. W tym tkwi klucz – trzeba być obserwatorem.
     Jeden z nich o tym mówił. Kochać pisarza to kochać kamerę. I tak jest. Momenty największej słabości są najbardziej intrygujące. Inny też o tym wspomniał. Najbardziej fascynujący są przegrani. Rzeczywiście. Z triumfu nie możliwym jest nauczyć się więcej niż z porażki.
     Tak więc czytam życiorysy, biografie. Różne strony świata, różne czasy. Choć za każdym razem różna, za każdym razem przybierająca inną formę i postać, niemal zawsze brzmi w nich grana na różnych akordach i instrumentach, ale pieśń tej samej nauki. Więc będę czasem po prostu czytać życiorysy.  

niedziela, 4 grudnia 2016

Ołtarz II

     Była czarno-biała: wysokie, czarne szpilki, krótka, czarna spódniczka, sięgające ramion czarne włosy i mlecznobiała skóra. To połączenie mu się spodobało. Miał pieniądze i czas, więc nie próżnował.
     Zajechali pod jego domek z bali, na skraju lasu, nad brzegiem jeziora. Gdyby mogła go zobaczyć pewnie powiedziałaby to co inne: „Jak tu ślicznie!”. Rzeczywiście, miejsce było urokliwe. Teraz nie miało to jednak znaczenia – panował zmrok i nie przyjechali tu oglądać widoków.
     Nie musiał długo zapraszać jej do siebie. W zasadzie nie zrobił tego wcale. Upijanie jej cały wieczór dało efekt i nie miał zamiaru zmarnować tej nietrzeźwości. Gdy przekroczyli próg od razu wpadli sobie w ramiona, zaczęli się gwałtownie całować i rozbierać. Szybko zdarłszy z niej spódnicę i bieliznę, podniósł ją. Zaplotła swoje nogi na jego biodrach i dłonie na karku. Gwałtownym ruchem położył ją na blat stołu. Potem brał ją.

     Mimo iż jego właściciel owszem, drewniany domek na skraju lasu nie zmienił się wcale. Stał jak stał, niewzruszony świadek ludzkich wzlotów i upadków. On zaś był inny - ustatkowany, zaręczony, stopniowo prostujący swoje życie z nawyków, które stały się uciążliwością.
     Na zaproszenie jego narzeczonej tamtego dnia w odwiedziny przyjechał pewien mężczyzna. Gdy wysiadł ze swojego samochodu i serdecznie powitał się z jego narzeczoną i nim samym zrobił na nim wrażenie swoją potężną posturą uwydatniającą się w niemal dwóch metrach wzrostu, wielkim brzuchu, tygodniowej szczecinie na szczęce i łysej, lśniącej w świetle popołudnia glacy. Przedstawił się jako A.
     Był głośny, rubaszny, niezwykle serdeczny. Roztaczał wokół siebie bardzo sympatyczną aurę. Wzbudził zaufanie. Gdy A. gaworzył z jego narzeczoną, byli bowiem znajomymi od dawna, on poszedł zaparzyć kawę. Wówczas dosłyszał, że A. nieoczekiwanie przerwał rozmowę i wyszedł. Gdy powrócił z zaparzonymi napojami do salonu spytał się żony:
     - Gdzie A.?
     - Poszedł na chwilę do samochodu, zaraz wróci.
     Nie minęło dziesięć minut gdy rzeczywiście powrócił. Właściciel leśnej chatki przeżył szok. Oto ów serdeczny, rubaszny A. stanął w drzwiach jego domu w białym habicie zakonnika.
     - Co...? – wydusił z siebie patrząc pytająco to na narzeczoną, to na A.
     - A. jest zakonnikiem.
     - Nie mówiłaś mu? – A. zachichotał. – Dobra, robimy tą mszę?
     - Jaką mszę? – odparł mężczyzna.
     - Poprosiłam A., żeby odprawił dla nas prywatną mszę skoro w końcu udało mu się do nas zawitać – odparła jego narzeczona, wyraźnie rada tego faktu.
     Nie myślał protestować. Sytuacja ta wprawiła go w zakłopotanie, czuł się zdecydowanie niezręcznie, ale nie miał zamiaru oponować. Po dłuższej chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że świadom zaangażowania religijnego swej partnerki i licznych prób zagięcia na niego przezeń katolickiego parola zasadniczo mógł się spodziewać podobnego fortelu. Ostatni raz na mszy, nie licząc nielicznych ślubów czy pogrzebów, był może w czasach ubiegania się o sakrament bierzmowania, nie był jednak pewien. Niemniej – dawno.
     Razem z A. za pomocą nieznacznego przemeblowania stworzył ze swojego domku prowizoryczną kaplicę przenosząc fotele oraz ustawiając stół, na którym zakonnik pieczołowicie rozłożył przyniesiony ze sobą biały obrus oraz naczynia liturgiczne. Następnie zasiadł, nieszczególnie kryjąc swoje zniesmaczenie, w fotelu, obok swej narzeczonej. Nad wyraz dobrze znosiła jego zimną obojętność wobec spraw ducha.
     Po chwili A. zajął swoje miejsce i rozpoczęła się msza.  Zakonnik z pieczołowitością ucałował blat stołu.
     Wówczas mężczyzna pękł.

     Później razem z A. oglądał zachód słońca na werandzie domku. Promienie dogasającego słońca odbijały się długimi łunami o taflę jeziora bijąc po oczach słonecznymi strużkami. Byli sami. I dobrze, bo w powietrzu napięta niczym struna oczekująca zagrania nań oczekiwała na swój moment prawdziwa, męska rozmowa.
     - Dlaczego zacząłeś płakać? – zakonnik był bezpośredni. Rubaszność ustąpiła głębokiej powadze. W głosie A. nie było nawet cienia ciekawości. Pobrzmiewały w nim tylko nuty troski.
     Cisza była długa. Gardło zawiązane na supeł po chwili wyzuło słowa:
     - Ucałowałeś ten stół.
     Zapadła ponownie, A. bowiem nie odpowiedział dając mu czas.
     - Ucałowałeś go. Wszystko stanęło mi przed oczami.
     - Co konkretnie?
     Opowiedział mu o owym „wszystkim”. Stół był kroplą w morzu, kropką nad i. Wybiło, nieprzystające do pogodnego nastroju letniego wieczoru, szambo. Zamilkli ponownie na dłużej. Oczekiwał moralizatorskiego kazania, słów rugi lub podszytego obrzydzeniem, buńczucznego znaku krzyża. Nie doczekał się żadnego z nich.
     - To nie ja to ucałowałem.
     - To?
     - Tak. On to całuje. On tak robi.
     Mężczyzna jednocześnie chciał i nie chciał zrozumieć. Bezkształtne myśli głucho obijały się o ściany czaszki.
     - Nie sprowadziła mnie tutaj ani twoja narzeczona, ani przypadek.
     - Więc co?
     - Nie co, tylko kto. On.
     Słońce tamtego dnia zachodziło bardzo długo.