piątek, 8 lipca 2022

Shinzō Abe

Minęło 18 lat.
Walerego Sławka zamknięta.
Dziwna pogoda:
piękny poranek, potem mało deszczu,
w końcu kilka grzmotów i ulewa.
Zdjęcia, 
potem czekanie, czekanie.
Spacerem do Centrum. 
Tego dnia jeszcze Julia Fiedorczuk, Taika Waititi,
wcześniej blacharz. 
Od dyrektorek zasadnicze pytanie
na które nie znam odpowiedzi. 
12 lat wcześniej: 
dzień trzech głów państwa.
6 lat wcześniej: 
szczyt NATO obserwowany z, tak zwanego, „przesmyku suwalskiego”.
2028. 2034. 2040. 2067. 
Pytaj mnie wówczas
co było dalej.

wtorek, 24 sierpnia 2021

Krasnogruda

    Nie spodziewałem, że poczuję się jakbym był tu zawsze. I może miał być tu zawsze. Nauczyłem się, że nigdy ani nigdzie nie będę czuć się jak u siebie w domu. I ja w to dalej wierzę,  i dalej tak czuję, ale jednak można czuć się u siebie i na miejscu. To się nie zgadza, i też jest w porządku. Nawet wewnętrzny podpalacz świata,  który wściekły by go chciał wywracać na nice, jest tu spokojniejszy. Woli dawać innym żyć, choć świadom przepaści, bardziej wyrozumiale. Klucz do zatartego zamku tkwi więc może w tym, że trzeba się dostroić jak instrument w letnią, gwieździstą noc. Dzielić się jadłem i napojem, drogą i myślą. Uczyć się i wcielać naukę w życie. Żaden ze mnie prorok ani mistyk i nie mam prawie nic do powiedzenia, zwłaszcza niepytany. Teraz jednak powiem pod ścianami dźwięku i milczenia, pod spadającymi gwiazdami, nad jeziorami i książkami, że cieszę się, że tu jestem. I będę cieszyć się, że tu byłem. Żegnam się z żurawiami, rybami, żabami, ćmami, lisami i nietoperzami, z małym owadem o wibrujących czułkach i futrze na grzbiecie, który przysiadł przy mnie na krótką chwilę, pod wschodzącym słońcem zakrytym mgłą wznoszącą się znad jeziora i bagien. Po zimnej nocy czuję na sobie coraz mocniejsze ciepło. Idę kamienistą ścieżką do małego, zimnego, krzywego domku. Mijam proste portrety i nazwiska. Na ścianie dworu spoglądam na strudzoną twarz małego chłopca, który raptem osiwiał i czytam: "Czułem, że sięgam ruchomej granicy, za którą spełnia się barwa i dźwięk i połączone są rzeczy tej ziemi". I "mam iść górami w miękkim blasku dnia nad wody, miasta, drogi, obyczaje". W istocie, myślę. Niech podróżni śpią w Krasnogrudzie.

sobota, 24 października 2020

2-3-4

wataha
deszcz
szarość
stacja benzynowa
517
zdjęcia
brokat
wesele
taniec
policzek
szary koc
antropocen
światło
oranż
woda
spinki
głos wewnętrzny
herbata
hearts a mess

sobota, 2 lutego 2019

Jozafat i Ciocia

    Gdy umarła prawie stuletnia kobieta, której Jozafat prawdopodobnie prawie w ogóle nie znał, nie uronił ani jednej łzy. 
    Dotykając bardzo miękkich włosów na bardzo zimnej skórze, myślał: Teraz zapłaczę, lecz nie zapłakał. Nie oznacza to jednak, że ta śmierć nie wywarła na nim żadnego wrażenia choć zadawał sobie o to pytanie, czy rzeczywiście tak było. Gdy był z nią po raz ostatni sam na sam, zapytała Jozafata o ślub. Umarła w przeświadczeniu, że przeżyje życie z kimś innym niż przeżyje je w istocie. Co to jednak dla niej znaczyło? Co w ogóle dla niej znaczył? 
    Jozafat doglądał jak przez lata pielęgnowano ją jako relikwię dawno minionego czasu, czasu tak dawnego, którego nikt nie pamiętał poza nią – relikwię która dotykała znanych jedynie z opowieści przodków i stanowiła jedyny pomost pomiędzy światem, który jest, a światem który spłonął. 

niedziela, 16 września 2018

Podróż

    Śniłem, że mogłem podróżować w czasie. Tylko w przyszłość. Odwiedziłem rok 10 280. Nic się nie zmieniło. Świat był taki sam. Tylko dawno nie było już żadnych ludzi, z którymi łączyłoby mnie cokolwiek.
    Moja podróż, nie senna, jest już jednak zamknięta w przeszłości, a więc nie istnieje. Został słoik z kamieniami, muszlami, szczątkiem koralowca i białymi szczypcami kraba. Wszystko to mogło się nie wydarzyć. Renifery mogły nie jeść mi z ręki, wielkie wstęgi polarnej zorzy nad ogniskiem na kamienistej plaży mogły nigdy nie rozbłysnąć. Żadne z setek spotkań z ludźmi z innego świata mogło nie dojść do skutku, mogło nie paść żadne słowo. Żaden krajobraz mógł się nie rozpostrzeć przed moimi oczami i żadna dobra ani zła przygoda mogła nie mieć miejsca. Zostały tylko te najtrwalsze ślady zamknięte w szkle. Mogę je wziąć do dłoni, dotknąć, powąchać, nawet posmakować i tylko głęboko wierzyć, że moje życie się wydarzyło, a one były jego niemymi świadkami, którzy nigdy nie odpowiedzą na pytanie: „Czy na pewno?”.
    Bo przeszłość nie istnieje. Podobnie jak przyszłość. W żadnym z tych miejsc, oprócz tu i teraz, nas nie ma, jaką więc mamy gwarancję? Pozostają tylko pamięć, wyobraźnia i wiara. Chyba, że ma się wehikuł przenoszący w czasie, ale tylko w jedną stronę. To czy się z niego skorzysta to poważna decyzja. Zasadniczo wiążąca.
    Obudziłem się rano, w wygodnym łóżku, w bezpiecznym mieszkaniu, w rodzinnym mieście. Nie musiałem nigdzie iść, nigdzie zmierzać, nawet nie musiałem wstawać. Po raz kolejny pojąłem, że darzę podróżowanie podobną nienawiścią co czytanie książek. To nienaturalne wysiłki, być może warte podjęcia, aby być bardziej. Pamięć, wyobraźnię i wiarę trzeba karmić bo są demonami. Dobrymi, bo częstokroć zbawiennymi, ale demonami. Stłamszone, okiełznywane i nienasycone potrafią strawić od środka. Wstanę więc, podejdę do drewnianego regału, podniosę zeń słoik, ujmę go w dłoń, wbiję weń wzrok i w atawistyczno-ateistycznej modlitwie do samego siebie po raz kolejny zapytam o to czy podróż ta była prawdą. Być może też po prostu poproszę o to, aby nią była.

wtorek, 3 lipca 2018

***

środek kosmosu jest
chitynowy maleńki i mieści się w dłoni

z lekkim oporem urwany
oddzielony od raczego ciała
którego oczy wyschły
a główka i resztki
wylądowały w krzakach
gdy patykiem przemiękłym

uniesione z wody ku słońcu

schły i czekały
gdy obok byliśmy jedno woda światło
ruda nimfa maliny
i ja

potem szczypce w dłoni
na dowód że to było naprawdę

sobota, 10 lutego 2018

Śnieg

     Wieś była prawie pusta. Tylko jeszcze pod chyżą siedział staruszek i się przyglądał. I kilka psów się szwendało. I szła tą jedną wsiową uliczką donikąd, bo i dokąd da się nią dojść, trójka dzieciaków, dwóch chłopców i dziewczyna, z energetykami i papierosami. I stała cerkiew w śniegu, zamknięta jak wszystkie cerkwie, i obok niej leżał przycerkiewny cmentarzyk pod metrem puchu z którego wyzierały tylko anonimowe kamienne krzyże, bo żadna ludzka stopa na nim ostatnimi czasy nie stanęła. I pan ze sztucznym, wiecznie otwartym i wybałuszonym okiem szukał kota, który mu kawałek dalej uciekł. I na skraju drogi siedziało pięć szczeniaków i nas obłaziły gdy podeszliśmy. I stała drewniana kaplica, cerkiewnopodobna, a obok niej jakiś samozwańczy dom rekolekcyjny z wielką ikoną brodatego świętego na przedzie, męskimi butami i psią michą wypełnionymi śniegiem na ganku, no i cudaczną konstrukcją z blachy z wyrżniętym weń obrysem Jezusa z rękami rozłożonymi jak na krzyżu, która z daleka wyglądała jak szary, brudny dywan z wyciętą, chrystusokształtną dziurą. Tak więc wieś była prawie pusta, nic się nie działo i była cisza.
     A żeby powiedzieć o ciszy najlepiej nie mówić. Wyjść daleko, stanąć i nie słuchać. Nie słyszeć. Wszystko pod białą kołdrą i zero istnienia, a jeśli już to istnienie, które się zwija, nie rozwija, bo przecież więcej w tej ciszy, gdzie zaskakuje nawet odległy i nieśmiały śpiew ptaka, echa śmierci niż życia. Ale wkrótce już życie, może za dzień, tydzień, albo miesiąc, wypłynie z gnicia i rozkładu, będzie tu wielki spektakl. Teraz jednak śnieg wyraźnie skrzypiał i chrzęścił pod podeszwami skórzanych butów.

niedziela, 31 grudnia 2017

Wyoming

dla D.

mówisz więc do mnie o dolinie gdzieś na skraju tego świata
a może właśnie w jego sercu bliższemu sensu
niż się zdaje

widzisz ten domek na dnie skały z dala od świata gdzieś wysoko
nago wygrzewasz się na trawie muskasz swym ciałem
praźdźbła bytu

blisko stąpają w miękkiej ziemi miłe bestie co pachną mlekiem
żywe mięśnie i ścięgna żywe miękkość kudłów
skołtunionych

jestem a może tam nie jestem pamiętaj ważne twoje szczęście
ty jesteś wolna i ja wolny wszystko to tylko
i aż wybór

będziemy tam lub nie będziemy dolina bestie nas czekają
i nie przyjdziemy lub przyjdziemy śpiewają ziemia

morze trawy

piątek, 17 listopada 2017

***

wolałbym się urodzić kotem ptakiem drzewem
nie chcieć nie musieć szukać wciąż szukać i błądzić

w świetle co spływa z muru wygrzewałbym futro
byłbym tak wolnym duchem czułym samoistnym

o głosie wieczystym i nieznanym imieniu
na nich wsparty wciąż mknąłbym wciąż nad morzem mgły

starym prastarym bytem sprzed czasu i po nim
który przeżył artystów mędrców społeczników

tak ponad chaosem a może pod nim lub w nim
moment rok albo eon przetrwałbym w pokoju

jednak wciąż każde drgnienie każde włókno chrząstka
ducha sumienia myśli nie daje spać spokojnie

więc wolałbym się urodzić jeszcze ptakiem
kotem drzewem bo one są by mówić:

nikt cię nie pocieszy

czwartek, 16 listopada 2017

Dziadek, Papieros, Szaman

         Czasem ich spotykałem.
    Jak my jechał z lotniska, w szarym garniturze, elegancko, dziadek dziarski, staruszkowaty, ale mający w sobie jakąś żylastą energię, którą tętnił, gdy wertował autobusowych współpasażerów bardzo wyłupiastymi oczami. A potem zaczął coś krzyczeć i wył. To było bardzo dawno temu i nie wiem czy żyje i dalej krąży po Żwirki i Wigury by surowo, zapluwając się i w słowach zupełnie, w każdym calu odklejonych od rzeczywistości, ganić i strofować zdążających z lotniskowych terminali w sieć warszawskich ulic tą zielono-betonową arterią. Mgnienie, a nigdy go nie zapomnę, bo był pierwszym takim człowiekiem, którego kiedykolwiek spotkałem, jako dziecko wertując go podszytym lękiem spojrzeniem zza szyby, bo taki był układ siedzeń w pojeździe.
     I o nim mi przypomnieli oni dwaj, natknięci blisko w czasie, ale tożsamo, z okna autobusu – znowu, jak z jego wnętrza lotniskowy Dziadek.
     Był napięty dyskutant, tlący się papieros i tykający jak zegar krok. Zażartą bitwę na słowa toczyć musiał z mgłą dymu jaką sączył z ust przy każdym oddechu, ciął powietrze rękami, gestem szerokim, pewnym, który podkreślić miał każdą rzuconą replikę. Krążył na przykioskowym chodniku, raczej nie krążył, lecz odbijał się od niewidzialnych ścian, od jednej do drugiej miotał nim gniew, ciskała walka, na ringu, tam gdzie spotykają się Kopińska, Wawelska i Grójecka, z której wyjechałem, lecz kiedyś jeszcze dawniej i bardziej wyjechałem niż teraz. W takiej perspektywie więc go zobaczyłem.  W ciemno-pomarańczowej szybowej tafli wieczoru, okapturzonego boksera kłótni i punkcik ognia raz przy ustach, raz błądzący w przestrzeni,  między jego palcami.
     Lecz wcześniej niż ochocki Papieros był jeszcze jeden, którego też zapamiętałem bardzo wyraźnie, a może to on zapamiętał, lub mógł zapamiętać, mnie.
     Nadjechawszy Alejami od strony Wisły pod Dworzec Centralnym nic więcej ponadto niż to, że po prostu go zobaczyłem. Stał blisko jezdni, bardzo blisko i rozdzieliła nas znowu tylko ona, szyba. Spodnie brązowy sztruks, stary pasek z klamrą z chyba żyrandolowego mosiądzu, koszula w kratę ciemna zieleń i szarości, kurtka czerwono–fioletowa ze srebrem odblasku, torba ciemna i duża, jak na kamerę sprzed dwóch dekad, do jej ramiączka przypięte znaczki, duży, i kilka innych niewyraźnych, policzki i broda zarośnięte gęsto siwizną, usta lekko rozchylone, wzrok gdzieś daleko, skóra jakby smagła, pomarszczona i spalona słońcem, włosy długie, prawie białe, spięte w kuc sięgający niemal za plecy. I jego ręka. Byt zupełnie niezależny od reszty człowieka. Krążąca w przestrzeni razem z jakąś laską, różdżką, powoli przez powietrze. Oto indiański czarownik w warszawskiej soczewce głównego dworca, aorty kraju, kierującej krwinki tętniczej obywatelskości do całego organizmu społeczeństwa. Ciało obce, jakby przeniesione w czasie i przestrzeni od północnoamerykańskich stepów, przez krótki, dziwny przystanek w czas transformacji po absurd i nonsens jego obecności tu i teraz. Pewnie tam daleko różdżka cięła powietrze z tą samą pewnością, co później i aż tu, może to ona go tu przywiodła, otworzyła drogę, którą szaman przyszedł bezwiednie, po coś. I nagle chciałem, bardzo chciałem, żeby te nieobecne oczy przez wirujący w powietrzu kij skierowały się w moje, prześwidrowały szybę i wzrokiem weszły we mnie z całym tym ładunkiem obłędu, jaki siedział w nich tak głęboko, w jaskiniach szaleństwa umysłowej skały rozsądku, aż po mózg, który szóstym zmysłem myśli zbadał, że musi być, że jest zaklinaczem w epicentrum ryczącej, nieświadomej siebie samej, dwumilionowej metropolii, której antyciała powinny go dawno zwalczyć jako element skrajnie obcy, którego świadomość, a może pamięć przeniosły się z bardzo daleka, z nieprzebytej głębi aż pod szybę miejskiego autobusu. Ale nie spojrzał, więc nie wiem i już nigdy nie będę wiedział co krył na dnie oczu, które zasnuł mgłą, nigdy nie zdał sobie sprawy z tego, że czekałem, tak bardzo czekałem za szybą.
     Nie zapomnę ani lotniskowego Dziadka, ani ochockiego Papierosa, ani centralnego Szamana. Ślady rys, które proszą o dotyk, nieznajomość mechanizmów napędzających nieznane. Może po prostu kiedyś wyjdę, stanę się krwią w żyłach miasta, która krąży przez każdy zaułek organizmu, aż odnajdę każdego z nich, na wygnaniu, w sobie, w grobie i dowiem się wszystkiego co chciałbym wiedzieć, ale bałem się zapytać. Oni już się nie bali. Na pewno już się nie boją.